Czasem wydaje mi się, że moja samotność eksploduje rozsadzając mnie od środka. Czasem
zastanawiam się, czy wypłakanie, wykrzyczenie albo wyśmianie tego
obłędu może w czymkolwiek pomóc. Czasem pragnienie dotyku, bycia
dotykaną, c z u c i a jest tak silne, że porywa mnie do jakiegoś innego
wszechświata, a tam, stojąc na krawędzi przepaści, nabieram pewności, że
spadnę i nikomu nigdy nie uda się mnie znaleźć.
Mając książkę po raz pierwszy w rękach, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Fascynujący opis i intrygująca okładka to nie wszystko. Ponieważ czasem to, co jest w środku, wcale nie jest tak dobre, jak można się było tego spodziewać.
Potrafisz sobie wyobrazić spędzić w zamknięciu
264 dni? I to w całkowitym odosobnieniu? No cóż, może nie w
całkowitym. Za towarzystwo w końcu służą ci: notatnik, pióro,
okno i ściany. Nie wątpię, że na pewno byście się dogadali. Ja
bym nie wytrzymała. Nie potrafię się nie odzywać (nie licząc 45
minut lekcji, gdy nie ma M. lub Stray). A gadanie sam do siebie nie
jest zbyt dobrym posunięciem, chyba że chce się do końca
zwariować. Myślę, że też byś nie wytrzymał. W końcu 264 dni
to szmat czasu. Pocieszeniem może być tylko to, że możesz pisać.
Sam do siebie, ale możesz.









