27 sty 2013

Czerwień Rubinu - Kerstin Gier


Wiecie, co jest wielkim zaskoczeniem? Kiedy przyjdziesz do biblioteki z zamiarem wypożyczenia Harry'ego Pottera, i ku naszemu zdziwieniu wychodzimy z Czerwienią Rubinu. Nie spodziewałam się, że taką cudowną książkę znajdę w jedynej (nie licząc filii i pedagogicznej) bibliotece na „moim” zadupiu.

Co było gorsze? Zwariować czy naprawdę podróżować w czasie? Chyba to drugie, pomyślałam. Na to pierwsze pewnie można brać jakieś tabletki.

Żyjemy w takim a nie innym świecie, więc o podróżach w czasie możemy tylko pomarzyć... lub też poczytać.

Mamy to szczęście (lub nieszczęście), że nie zwali nam się jednego dnia wszystko na głowę. Nie przeniesiemy się znienacka do innego wieku i to jeszcze w drodze do sklepu. Nie okaże się, że to nie nasza znienawidzona kuzynka posiada ten nieszczęsny gen podróży w czasie, tylko my sami. No i nie staniemy się wrogiem numer jeden oraz nie będziemy musieli wysłuchiwać oskarżeń o to, że robimy to wszystko tylko i wyłącznie, aby być w centrum uwagi. Nie będziemy mieli zmarnowanego dzieciństwa, musząc uczęszczać na lekcje fechtunku, tańca, misteriów czy na naukę języków obcych. I, przynajmniej, nikt nie będzie nam truł głowy tym, że nie znamy nawet podstawowych faktów historycznych, a cała nasza wiedza na ten temat bierze się z filmów.

Gwendolyn jest zwykłą szesnastolatką. Ma wspaniałe rodzeństwo, kochającą rodzinę (nie licząc ciotki Glendy i Charlotty) i najlepszą na świecie przyjaciółkę. Może po za faktem, że widzi duchy, wszystko z nią w porządku. Do czasu kiedy dowiaduje się, że to nie jej kochana kuzynka odziedziczyła gen, tylko ona. Jak można łatwo się domyślić, powoduje to szereg przedziwnych zdarzeń. Choć są też plusy tej sytuacji - poznaje jego. Gideon został przydzielony Gwen jako towarzysz jej przeskoków w czasie, razem mają do wykonania ważną misję, która zaważy o ich losie.

Postać głównej bohaterki przypadła mi do gustu. Autorka wykreowała ją na normalną, trochę zwariowaną dziewczynę mogącą całe dnie opowiadać o filmach i aktorach. Nie jest ona idealna, przez co łatwo jest się z nią utożsamić. Jej przyjaciółka - Leslie - pomaga odnaleźć się jej w tym szaleństwie. Gdyby nie ona, myślę, że Gwen oszalałaby od tego zamieszania wokół genu, który odziedziczyła.

Bohaterowie mają swój własny charakter, nie znajdziemy więc dwóch identycznych osób. Gideon to ucieleśnienie marzeń większości dziewczyn. Jest przystojny, mądry i nieco arogancki, a do tego student medycyny. Nic dziwnego, że Gwendolyn się w nim zakochała (kto by się nie zakochał - ja wpadłam). Jednak w jej uczuciach do Gideona nie jest sama. Charlotta zapuszcza sidła, nie zawsze ze skutkiem, którego by oczekiwała. A propos Charlotty - jest ona wiecznie niezadowolona i wredna. Na jej obronę można powiedzieć tyle, że jest to prawdopodobnie skutek przygotowań do wypełnienia misji, przez co zamiast zaprzyjaźnić się z rówieśnikami i bawić się lalkami, ciągle latała na wszystkie możliwe lekcje - poczynając od nauki tańca, przez misteria, kończąc na nauce języków.
  
Prolog i epilog toczą się w przeszłości. Przybliżają one nam postać Paula i Lucy. Autorka wpadła na świetny pomysł, ponieważ dzięki temu mamy wgląd nie tylko w dzieje Gwen, ale też jej rodziny, mające wpływ na akcję toczącą się w XXI wieku. Mimo tego, że czarny turmalin i szafir nie byli wspomniani wiele razy, polubiłam ich. A w szczególności momenty, gdy de Villiers zwracał się do ukochanej księżniczko.

Na pozytywny odbiór tej książki niewątpliwie ma też umieszczenie akcji w Anglii. Nie pałam miłością do Niemiec, skąd pochodzi autorka, jak i do języka niemieckiego. Tak więc czytanie o Niemczech byłoby pewnie męką niż przyjemnością. Na pochwałę zasługuje również pani tłumacz. Nie przetłumaczyła imion, z czym można się dość często spotkać. Nie wiem, czy jest to zasługa tego, że są trudne do przełożenia, chociaż, prawdopodobnie, „jakiś ciekawy” odpowiednik w naszym języku by się znalazł.

Na pozytywny odbiór tej książki niewątpliwie ma też umieszczenie akcji w Anglii. Nie pałam miłością do Niemiec, skąd pochodzi autorka, jak i do języka niemieckiego. Tak więc czytanie o Niemczech byłoby pewnie męką niż przyjemnością. Na pochwałę zasługuje również pani tłumacz. Nie przetłumaczyła imion, z czym można się dość często spotkać. Nie wiem, czy jest to zasługa tego, że są trudne do przełożenia, chociaż, prawdopodobnie, „jakiś ciekawy” odpowiednik w naszym języku by się znalazł.

Nad zakończeniem książki można się rozpływać. Nie dość, że jest to chyba największy ciffhanger, z jakim w książce miałam do czynienia, to jeszcze miejsce i reakcja głównej bohaterki sprawia, że idzie zwariować.

Jeśli wymieszamy ciekawą akcję, różnorodnych i nieraz intrygujących bohaterów, pełne humoru momenty, podróże w czasie, prolog z epilogiem i śliczną okładkę to otrzymamy naprawdę świetną książkę, napisaną lekkim i przyjemnym stylem, godną kupienia, przeczytania i polecenia. Dlatego z czystym sercem wystawiam jak najbardziej zasłużone 6/6.

- Jest w nim zakochana. - Nie, nie jest. - Ależ tak, jest. Tylko jeszcze o tym nie wie.

Rubinrot. Liebe geht durch alle Zeiten, Kerstin Gier
Literacki Egmont (2011)


Czerwień Rubinu | Błękit Szafiru | Zieleń Szmaragdu

***
Jakoś topornie mi szła ta recenzja, ale udało mi się ją w końcu skończyć. Mam nadzieję, że nie jest źle :) Na zakończenie tym razem Rihanna :)

 

7 komentarzy:

  1. No! A mówiłaś, że jest do bani, ech ty... Ręce opadają...
    I kocham te twoje trampki <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiem, są szumne ^^ ja też je kocham <3

      Usuń
  2. Uwielbiam tę serię, ale najlepsza moim zdaniem jest część trzecia *_*

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna książka :)
    http://w-zwierciadle--codziennosci.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmmm... nie czytałam, a jestem molem książkowym fantasy więc przeczytam :d Znam to uczucie kiewdy idziesz po HP,bo tak naprawdę to najlepsza książka przeczytana dotychczas, bo żadna inna się równać z nią nie może ( przynajmniej moim zdaniem, nie licząc igrzysk śmierci i innych wyjątków, ale...)A wychodzi się z perełkami. Miałam już tak kilka razy, raz na przykład wyszłam z biblioteki z Wilken bracia krwi. Nke był to fenomen, ale bardzo oryginalna książka, o wilku zamieniającym się w człowieka, czyli odwrotnoie niż u wilkołaków. :D Supeer recenzjujesz. Ja poniekąd też siętymzajmuje, ale do gazetki szkolnej, więc... taka tam nudziara :d

    OdpowiedzUsuń

Layout by Tyler